EN

Stodoła nie-sianem wypchana

- 2009-06-13 03:40:59

Po rozczarowaniu, jakie przyniósł rok 2006 miałam wątpliwości dotyczące koncertu Opeth w Polsce. Na pamiętnym Hunter Feście moja fascynacja Opeh sięgała zenitu, natomiast teraz, po latach miłość trochę przygasła. Przeszłam wiele dróg, zwiedziłam wiele nowych gatunków, zmieniłam się i myślałam, że przeżyję spotkanie z Opeth z chłodnym dystansem.

Na szczęście tak się nie stało i sobota 21 marca przyniosła ze sobą Koncert Mojego Życia. Setlista była prawie jak na życzenie, (nie pojawiło się A Fair Judgement i The Drapery Falls, które należą do czołówki moich najulubieńszych... no dobra The Drapery Falls było... tylko kawałek i tylko karaoke ale za to jakie!). To, co usłyszałam całkowicie zaspokoiło jednak mój Opethowy głód. Zespół podawał nam hity jeden po drugim i nie dawał czasu na wytchnienie. Nie można było prosić o lepsze wykonanie - wszystko było na swoim miejscu. Brak supportu poskutkował słabo dopasowanym nagłośnieniem, jednak panowie specjaliści szybko poradzili sobie z tym problemem, i dalej mogliśmy się delektować ucztą dźwięków (i naprawdę nie mam na myśli biesiady). Na przystawkę dostaliśmy Heir Apparent, które brzmi bardzo dobrze koncertowo i myślę, że zagości na dłużej na kartce przyklejanej nad głośnikiem. Potem wjechała pierwsza potrawa - Ghost of Perdition, która rozgrzała i tak już gorącą publiczność (kto stał pod sceną od za 50 minut Opeth ten wie co mam na myśli).

Nie było miejsca na mosh pit, więc skończyło się na morderczych falach, które momentami powodowały krytyczne nachylenie mego ciała. Na szczęście nie było jak się przewrócić - sala była wypełniona po brzegi masą fanów i wyglądała jak wzburzone morze. Panowie przeszli do następnych delicji. Ciszy nie było. Nadciągnął Godhead's Lament, a ja wzruszona (to był pierwszy utwór Opeth jaki kiedykolwiek usłyszałam) poddawałam się fanowskiemu huraganowi i dźwiękom. The Leper Affinity to bardzo osobisty kawałek, wykrzyczałam go z siłą jakiej wcześniej nie znałam (biedny Szymon, pewnie słyszał jak strasznie fałszuję). Hessian Peel przekonało mnie, że Watershed jednak urywa tyłki. Credence brzmiało trochę słabo jak na możliwości tego kawałka, ale to był czas na refleksje. Było pięknie, były zapalniczki (nie telefonem k**a! "Too modern") a Mike powiedział, że by nas wszystkich przeleciał gdyby był biseksualny. Hessian Peel i Closure to tantryczne oczekiwanie na wielkie danie główne. Na pieczonego dzika z jabłkiem w pysku. Na The Night and the Silent Water. Absolut nad absolutami. Sub zero. Potem tylko The Lotus Eater zbliżył nas do deseru, którym było Deliverance. Ale najpierw solówki i The Drapery Falls zagrane przez Mikaela i zaśpiewane przez nas... Coś cudownego - zawsze chciałam przeżyć coś podobnego. Sam deser był jak czekolada z pieprzem cayenne. Dużo pieprzu - straciłam panowanie nad sobą, szaleństwo wzięło górę. Niepoczytalna ja po zbyt wielkiej dawce szczęścia... kto powiedział, że tylko smutek doprowadza do obłędu?

Muszę również nadmienić, że po takiej dawce szczęścia spotkałam ludzi, których nie widziałam od lat i z którymi następną dawkę szczęścia przeżyłam - afterparty. Opeth.pl! Uwielbiam Was!

Ulver - Shadows of the Sun
Blue Note Revolution (29 Marca 2009) >